Prawo autorskie mimo bardzo przyjaznej nazwy, nie powstało z myślą o ochronie interesów autorów. To jedna z młodszych gałęzi prawa cywilnego, która zaczęła nieco bardziej dynamicznie rozwijać się dopiero w XIX wieku. Pierwszym dokumentem, który uznaje się historycznie za początek tego co dziś nazywamy prawem autorskim jest Status Anny, królowej szkockiej który nadawał drukarzom 15 letni monopol na korzystanie w wydrukowanego utworu. Przytaczam ten przykład gdyż, on dobrze obrazuje rozkład sił w polu zarządzania wartością intelektualną.

To co nazywamy prawem autorskim to zestaw uprawnień, zobowiązań i ograniczeń, który rozgrywa się pomiędzy trzema aktorami pola – autorami, wydawcami/posiadaczami praw majątkowych i odbiorcami/użytkownikami. Relacje między nimi nie są jakoś bardzo symetryczne i jak łatwo się domyślić podmioty komercyjne, które dysponują wielkimi pakietami praw majątkowych do utworów są najsilniejszym graczem, mającym największy wpływ na kształt regulacji prawnych. Ma tu zawsze miejsce bardzo niepokojący schemat – za każdym razem kiedy trwa presja na kolejne korzystne dla tej branży regulacje zwykle jest to robione pod pozorem dbałości o prawa twórców. Miedzy innymi dlatego okres ochrony utworu wynosi obecnie 70 lat po śmierci twórcy. Okres ten był systematycznie wydłużany od czasów powojennych wbrew zdrowemu rozsądkowi, który podpowiada, że możliwości techniczne komercjalizacji utworów z czasem znacznie się rozszerzają. Co powoduje, że na posiadanych prawach do konkretnych utworów da się zarobić o wiele szybciej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Mimo to wdrożona również w Polsce europejska dyrektywa o prawach autorskich wydłużyła okres ochrony z 50 do wspomnianych 70 lat.

Oznacza to w niektórych sytuacjach absurdalnie długi okres ochrony praw majątkowych. W sytuacji utworów wieloautorskich, czas ten liczy się od śmierci ostatniego z twórców co oznacza że prawa do np. piosenek Beatlesów zostaną uwolnione do domeny publicznej w XXII wieku! Na pewno na tym nie skorzystają potomkowie twórców, gdyż prawa do tych utworów są od dawna w posiadaniu funduszy emerytalnych. Prawa majątkowe, czyli prawa do komercyjnego wykorzystania efektów pracy twórców od kilku dekad coraz częściej są używane jako atrakcyjne aktywa finansowe, co w bardzo niepokojący sposób zmienia dynamikę zmian na polu twórczym.

Dlaczego o tym warto pamiętać ? Ponieważ przemysł praw autorskich to coraz większa branża, żywotnie zainteresowana kształtowaniem regulacji pod swoje partykularne potrzeby, które często w drastyczny sposób rozbiegają się interesami twórców i odbiorców.

Z perspektywy aktywności artystów wizualnych, bardzo ważne jest zrozumienie, iż namacalnym efektem ich pracy jest nie tylko materialna cześć dzieła ale też prawa do niego.

Według definicji zawartej w polskiego ustawie o Prawach autorskich i prawach pokrewnych dziełem jest sposób realizacji pomysłu. Nie jego materialna część, która w świetle prawa jest dokumentacją jego powstania. Mówiąc najprościej – to sposób w jaki twórca radzi sobie z pomysłem z idea jest dziełem. Jest to ujęte w ten nieco nieoczywisty sposób dlatego, po prostu ludzie dość często maja takie same, wręcz identyczne pomysły. Wielu z czytelników tego tekstu zapewne pamięta sytuacje z pracowni malarskiej czy rysunkowej kiedy prowadzący ustawia kompozycję z zadaniem jej namalowania czy narysowania. Pomysł ten sam, ale każda realizacja jest inna. Dlatego tak niezwykle istotne jest zabezpieczenie efektów swojej pracy od strony prawnej.

Prawa autorskie – osobiste i majątkowe

Twórca posiada dwa rodzaje praw do stworzonych przez siebie utworów. Pierwsze czyli niematerialne to prawo do uznania autorstwa, zachowania integralności dzieła, decyzji o pierwszym upublicznieniu, rzetelnego wykorzystania dzieła oraz droit de suite (prawo do procentu z odsprzedaży dzieła na rynku wtórnym). Te prawa są niezbywalne i nie można ich przekazać. Jednak czasami zdarza się, że w umowach znajdują się zapisy ograniczające prawa twórców do ich wykonywania, co zawsze powinno budzić przynajmniej czujność. Często są umieszczane w umowach całkowicie na wyrost, więc ich usunięcie nie powoduje poważnych skutków dla realizacji zasadniczego przedmiotu umowy.

Bardzo ważnym obszarem naruszeń praw twórców jest droit de suite. To uprawnienie do otrzymania procentu ze sprzedaży na rynku wtórnym swoich prac. Ustawa mówi dokładnie o zawodowym charakterze odsprzedaży, następującym po pierwszym zadysponowaniu dziełem. W praktyce rzecz dotyczy prawie wyłącznie sprzedaży dokonywanych przez domy aukcyjne. Nie jest tajemnicą, ze instytucje te bronią się na wszelkie możliwe sposoby, żeby nie doprowadzić do wypłacenia należności artyście. Po namierzeniu sprzedaży mamy 3 lata na dochodzenie należności i zawsze powinnyśmy to rozpocząć od zwrócenia się do domu aukcyjnego o podanie danych sprzedającego, który powinien nam na żądanie wypłacić procent od odsprzedaży. Nie słyszałem o przypadku, żeby dom aukcyjny spełnił tego typu dość oczywiste żądanie – zwykle mamy do czynienia z zasłanianiem się RODO. Ustawa jednak mówi, że w tej sytuacji gdy nie zostaną podane dane (gdy np. kupujący chce zachować anonimowość) obowiązek uiszczenia procentu od odsprzedaży przechodzi na dom aukcyjny. Jeśli ponownie spotkamy się z odmową – dopiero wówczas warto odwiedzić prawnika, który przygotuje w oparciu o naszą korespondencję pozew. W wielu przypadkach wystarczy pismo przedprocesowe, gdyż ten rodzaj roszczeń jest stosunkowo prostu w dochodzeniu i dom aukcyjny może nie chcieć ponosić dodatkowo kosztów sądowych.

Z o wiele bardziej wymagająca sytuacja mamy do czynienia w przypadku umów podpisywanych z instytucjami lub podczas sprzedaży dzieła. Musimy wówczas dobrze dobrać rodzaj umowy do czynności, którą ma ona obsłużyć.

Najpierw zajmijmy się pracami w edycji. To bardzo częsta sytuacja, kiedy na przykład sprzedajemy egzemplarz fotografii lub kopie filmu. Pomimo, że mamy do czynienia z kilkoma egzemplarzami – każdy z nich może posiadać status oryginału. W świetle prawa oryginałem jest każdy egzemplarz pracy sygnowany przez artystę oraz ponumerowany. W standardowej edycji 3 plus jeden, będzie konieczne oznaczenie numeru kolejnej kopii.

Teraz stajemy przed dylematem jak sprzedać egzemplarz w edycji z prawami majątkowymi. Do tego celu musimy użyć umowy licencyjnej, niewyłącznej. Licencja oznacza zwykle czasowe przekazanie praw majątkowych, ale w przypadku licencji niewyłącznej (czyli udzielanej więcej niż jednemu podmiotowi) będzie ona miała charakter nieograniczony w czasie. W umowie musi znaleźć się informacja o ilości oraz w edycji, oraz staranne oznaczenie pól eksploatacji (patrz słowniczek).

Umowa licencyjna będzie miała też zastosowanie kiedy galeria będzie chciała odtworzyć nasz film na wystawie lub panelu dyskusyjnym. Ta pierwsza umowa będzie licencja ograniczona czasowo do okresu planowanej ekspozycji i po zakończeniu projektu wszystkie prawa majątkowe wrócą do nas. W drugim przypadku licencja będzie obejmowała jednokrotne publiczne odtworzenie filmu.

W przypadku kiedy chcemy sprzedać np. obraz – czyli utwór mający jeden oryginalny egzemplarz zastosujemy umowę o przeniesieniu praw majątkowych. Umowa przeniesie wówczas trwale prawo do własności obrazu oraz praw majątkowych na kupującego. Również konieczne będzie wówczas określenie pól eksploatacji.

Za każdym razem gdy otrzymujemy umowę do podpisania warto poświęcić chwilę na jej przeczytanie. Umowy prawnoautorskie zawierane przez artystów zwykle mają dość prostą konstrukcję i można wyłapać najbardziej niepokojące zapisy nieuzbrojonym okiem. Najczęściej instytucje nie są chętne do negocjowania tych umów z powodów administracyjnych, nie stoi za tym żadna większa intencja. Przy odrobinie asertywności możliwa jest korekta najbardziej kłopotliwych zapisów. W idealnej sytuacji powinno to się odbywać jeszcze przed przystąpieniem do realizacji projektu lub przekazania pracy na wystawę. Zwykle jest to możliwe, jednak należy stanowczo poprosić o tekst umowy w wersji edytowanej. Problemem jest tez fakt, iż instytucje oraz część ngosów dysponują umowami, które niespecjalnie pasują do sytuacji w której mają być zawarte. Dzieje się tak z wielu powodów, jednak najważniejszym jest niski poziom obsługi prawnej. Problemem może tez być zbyt wysoki profesjonalizm prawników którzy doradzają instytucjom, nawykli do obracania zdecydowanie większymi kwotami niż w przypadki instytucji sztuki przygotowują oni umowy zbyt rozbudowane i często bardzo asymetryczne. Ma to sens w dużym biznesie, ale nie w sytuacji kiedy mowa o kwocie zwykle nieprzekraczającej kilku tysięcy złotych.

Zdecydowanie lepszym wyjściem dla obu stron jest skorzystanie wzorów umów z naszej strony. Mają one bardzo podstawowy charakter i opisują najczęstsze sytuacje w których znajduje się twórca. Mogą być podpisane jedynie po uzupełnieniu danych i przedmiotu umowy lub mogą stanowić podstawę do negocjacji i dalszego uszczegółowienia. Przygotowując je mieliśmy w pamięci sytuację z okresu międzywojennego kiedy wszyscy literaci podpisywali umowy wydawnicze wg. wzoru przygotowanego przez Jana Brzechwę. Praktyka ta bardzo szybko się przyjęła i pozwoliła uniknąć wielu niepotrzebnych nerwów.
Pamiętajmy też, że dobrze przygotowana umowa pozwala uniknąć zaskoczeń i stresu podczas realizacji projektu. Każda ze stron ma wówczas wyjściową wiedze co do wzajemnych oczekiwań co pomaga w unikaniu nieporozumień. Artyści wizualni w przeciwieństwie do filmowców czy muzyków rzadko idą do sądów, co ma przyczynę w niskiej kwocie sporu w stosunku do kosztów sądowych, dlatego większość sporów jest wyjaśniana w staromodny sposób na drodze dyskusji. Umowa jest wówczas podstawą ustalenia stanu finalnego.

W szczególnych sytuacjach możliwe jest też zawarcie umowy ustnej – tak dzieje się w przypadku licencji niewyłącznej ( Mogę puścić twój film ? – Spoko. ) lub w przypadku pozyskania zgody modela na wykorzystanie wizerunku. Żeby w razie ewentualnego sporu uniknąć roszczenia konieczne jest jednak przelanie pewnej kwoty tytułem tak zawartej umowy.